#1 CIARA - PAINT IT, BLACK
Piosenka The Rolling Stones z 64 roku w wykonaniu amerykańskiej piosenkarki R'n'B. Może brzmi niesmacznie, ale brzmi niesamowicie. Piosenka wykonana na potrzebę filmu "Łowca Czarownic" z Vin'em Disel'el w roli głównej, idealnie oddaje tajemniczy i nieco mroczny klimat filmu.
#2 WILLY WILLIAM - EGO
Znacie moje lenistwo, prawda? Jeśli nie to patrzcie: dobrze się słucha.
#3 COLDPLAY - HYMN FOR THE WEEKEND
Nie, nikt tu nie śpiewa o weekendowej imprezie. Picie i ćpanie mówi... o miłości. W rolę indyjskiego anioła wciela się niesamowita Beyonce, która czaruje zarówno w teledysku ubrana w złoto i burgund, jak i w samej piosence. Można słuchać choćby dla niej samej.
#4 EMINEM - WITHOUT ME
Szczerze? Nie chce mi się czytać całego tekstu, ale dla mnie nie dla niego słucha się tego typu piosenek. Wystarczy, że słuchając Eminema, czujesz się jak prawdziwy madafaka. Dla ludzi ulicy nic więcej się nie liczy.
wtorek, 16 lutego 2016
poniedziałek, 15 lutego 2016
Dziś oficjalnie mogę powiedzieć, że zaczęłam ferie, bo poprzednie dwa dni teoretycznie należały jeszcze do weekendu. Nie mniej, były to dobrze spędzone dwa dni, a że nie mam o czym pisać to trochę Wam o nich poględzę.
W sobotę dzień zaczęłam od lenia. Na piżamę narzuciłam bluzę brata *w której mogłabym się zgubić*, zrobiłam śniadanie bogów *owsianka z kakao, migdałami i cynamonem, mniam!* i jak na typowego nerda przystało... grałam w Wiedźmina. Niestety, trwać wiecznie to nie mogło, jako, że byłam sama w domu, musiałam posprzątać, rozpalić w piecu i zająć się psem *perfekcyjna pani domu* Z moim tempem dwie godziny roboty. No i naszła mnie ochota na siłownię, więc ogarnęłam się z życiowej kupy i pojechałam. Wróciłam wieczorem i zasnęłam jak smok *ogniem ziałam, bo zębów nie umyłam, ups.*
Wspominałam Wam o moich podbojach na siłowni już parę razy i pewnie jeszcze nie raz jakiś post w tym temacie się pojawi. Ostatnio skupiam się przede wszystkim na brzuchu i bieganiu. Dietę trzymam w 70%, bo wciąż ciężko odstawić mi słodycze. Nie mniej: ryż, makarony, kurczak z przyprawami i jajka. Uwierzcie, że dobrze przygotowane nigdy się nie nudzi *o diecie też planuję post*.
Niedziela, dzień cwela. Lol. Nie śmieszne. Spałam, jadłam, grałam, oglądałam skoki. A tak na poważnie... WALENTYNKI! Nie zbyt lubię to święto i nie dlatego, że jestem singlem, ale... w ostatnim czasie ze wszystkiego robi się chwyt marketingowy i okazję do zarobków. W sklepach pełno serduszek, czekoladek i pluszowych misiów, a ludzie gonią za prezentami, zapominając, że to Święto Zakochanych. I tak samo uważam, że świętować powinni je zakochani, a nie osoby kochające się. Tak więc: z partnerem, chłopakiem, mężem, a nie rodziną. Takie moje zdanie.
Tak więc, wczoraj odcięłam się od walentynkowego szumu, masy postów na facebook'owej tablicy z całującymi się parami i bukietami róż. Dziś Walentynki? Nie, dziś loty w Vikersund *biczyz*
Norweski konkurs lotów można uznać zaniemal idealny. Polacy poradzili sobie mniej źle niż zwykle. Żyła oddał dwa dobre skoki, Stoch zaszurał nartami po buli, a Stękała po pierwszym świetnym skoku spaćkał drugi. Szum niewątpliwie zrobili gospodarze, bo połowę czołowej dziesiątki stanowili właśnie Norwedzy *trener, pieszczotliwie zwany Papa Stöckl, siem popłakał... no rozkleiła siem, chłopina, no...* Trudno się dziwić, skoro w składzie mają rekordzistę w długości lotów (251,5 metra... wyobrażacie to sobie?), trzeciego skoczka klasyfikacji generalnej i trzech skaczących daleko i powtarzalnie ziomków, z pośród których jeden wczoraj poleciał na 249 metrów. Za ten właśnie wyskok dostał trzecie miejsce na podium. Drugi był Austriak, zeszłoroczny zwycięzca Turnieju Czterech Skoczni Stefan Kraft.
Hitem bez wątpienia jest pierwsze miejsce. Nie żeby zaskoczeniem było zwycięstwo Petera Prevca, 12 w tym sezonie. Ważne, w jakim stylu... Leciał i leciał, wylądować nie chciał... a jak już wylądował zaorał plecami po stoku, więc noty były najsłabsze z możliwych... i i tak wygrał. Wniosek z tego taki... że gdyby ten facet nie skoczył w ogóle też by wygrał. Serio.
To jest najpiękniejsze zdjęcie ever. Naprawdę. Nikt.Nie.Lata.Tak.Pięknie. Umarłam.
Dziś z rana wyjątkowo wstałam dwie godziny wcześniej, żeby poświęcić godzinę z życia na naukę szatana potocznie zwaną matematyką. W gimnazjum był to jeden z moich ulubionych przedmiotów za sprawą najlepszej nauczycielki ever. Serio, Gocha rządzi, wszystkich matmy nauczy. Chociaż poziom nauki w moim liceum nie stoi na najwyższym poziomie *szkoły sportowe pozdrawiają* to jakieś tam podstawy trzeba umieć. A nauczycielkę mam... wątpliwą, delikatnie mówiąc... tak więc, pojechałam go Goszy i w ciagu godziny zrobiłam to, co w liceum wałkowałam przez pół roku. Magia nauczyciela. Wszystko jasne.
Najbliższy tydzień obejmuje kilka dni z przyjaciółką, wypad na zakupy i przede wszystkim - mecze! Siatkarska Liga Mistrzów rozpoczyna fazę play-off i łączy to, co lubię najbardziej, a mianowicie drużyny włoskie i polskie. W środę maraton rozpoczynam już od 16.30, bo grają wspomniane dwa posty temu Lampy z Modeny *moja mała blondyneczko...*, a o 18 *również wspomniana przy okazji farbowanych bród* Skra Bełchatów.
We wtorek, czyli jutro *cóż za mądrość, jutro jest wtorek...* gra moja druga ulubiona włoska drużyna *UWAGA, FANFARY...*
W sobotę dzień zaczęłam od lenia. Na piżamę narzuciłam bluzę brata *w której mogłabym się zgubić*, zrobiłam śniadanie bogów *owsianka z kakao, migdałami i cynamonem, mniam!* i jak na typowego nerda przystało... grałam w Wiedźmina. Niestety, trwać wiecznie to nie mogło, jako, że byłam sama w domu, musiałam posprzątać, rozpalić w piecu i zająć się psem *perfekcyjna pani domu* Z moim tempem dwie godziny roboty. No i naszła mnie ochota na siłownię, więc ogarnęłam się z życiowej kupy i pojechałam. Wróciłam wieczorem i zasnęłam jak smok *ogniem ziałam, bo zębów nie umyłam, ups.*
Wspominałam Wam o moich podbojach na siłowni już parę razy i pewnie jeszcze nie raz jakiś post w tym temacie się pojawi. Ostatnio skupiam się przede wszystkim na brzuchu i bieganiu. Dietę trzymam w 70%, bo wciąż ciężko odstawić mi słodycze. Nie mniej: ryż, makarony, kurczak z przyprawami i jajka. Uwierzcie, że dobrze przygotowane nigdy się nie nudzi *o diecie też planuję post*.
Niedziela, dzień cwela. Lol. Nie śmieszne. Spałam, jadłam, grałam, oglądałam skoki. A tak na poważnie... WALENTYNKI! Nie zbyt lubię to święto i nie dlatego, że jestem singlem, ale... w ostatnim czasie ze wszystkiego robi się chwyt marketingowy i okazję do zarobków. W sklepach pełno serduszek, czekoladek i pluszowych misiów, a ludzie gonią za prezentami, zapominając, że to Święto Zakochanych. I tak samo uważam, że świętować powinni je zakochani, a nie osoby kochające się. Tak więc: z partnerem, chłopakiem, mężem, a nie rodziną. Takie moje zdanie.
Tak więc, wczoraj odcięłam się od walentynkowego szumu, masy postów na facebook'owej tablicy z całującymi się parami i bukietami róż. Dziś Walentynki? Nie, dziś loty w Vikersund *biczyz*
Norweski konkurs lotów można uznać za
Hitem bez wątpienia jest pierwsze miejsce. Nie żeby zaskoczeniem było zwycięstwo Petera Prevca, 12 w tym sezonie. Ważne, w jakim stylu... Leciał i leciał, wylądować nie chciał... a jak już wylądował zaorał plecami po stoku, więc noty były najsłabsze z możliwych... i i tak wygrał. Wniosek z tego taki... że gdyby ten facet nie skoczył w ogóle też by wygrał. Serio.
To jest najpiękniejsze zdjęcie ever. Naprawdę. Nikt.Nie.Lata.Tak.Pięknie. Umarłam.
Dziś z rana wyjątkowo wstałam dwie godziny wcześniej, żeby poświęcić godzinę z życia na naukę szatana potocznie zwaną matematyką. W gimnazjum był to jeden z moich ulubionych przedmiotów za sprawą najlepszej nauczycielki ever. Serio, Gocha rządzi, wszystkich matmy nauczy. Chociaż poziom nauki w moim liceum nie stoi na najwyższym poziomie *szkoły sportowe pozdrawiają* to jakieś tam podstawy trzeba umieć. A nauczycielkę mam... wątpliwą, delikatnie mówiąc... tak więc, pojechałam go Goszy i w ciagu godziny zrobiłam to, co w liceum wałkowałam przez pół roku. Magia nauczyciela. Wszystko jasne.
Najbliższy tydzień obejmuje kilka dni z przyjaciółką, wypad na zakupy i przede wszystkim - mecze! Siatkarska Liga Mistrzów rozpoczyna fazę play-off i łączy to, co lubię najbardziej, a mianowicie drużyny włoskie i polskie. W środę maraton rozpoczynam już od 16.30, bo grają wspomniane dwa posty temu Lampy z Modeny *moja mała blondyneczko...*, a o 18 *również wspomniana przy okazji farbowanych bród* Skra Bełchatów.
We wtorek, czyli jutro *cóż za mądrość, jutro jest wtorek...* gra moja druga ulubiona włoska drużyna *UWAGA, FANFARY...*
... CUCINE LUBE MANCE MARCHE CIVITANOVA...
Tak, to jedna nazwa. Po prostu Lube. Ekipa zrzeszająca największe siatkarskie ewenementy jak 40-letni atakujący, słoweński przyjmujący o nazwisku Cebulij *polski gen, na 100%*, młody amerykański rozgrywając zaginający system i włoski Kubańczyk z zasięgiem 360 cm. Lube się nie ogarnia, Lube po prostu się kocha :')
Po lewej il mio idolo, wspomniany włoski Kubańczyk - Osmany Juantorena *drugie nazwisko wam oszczędzę* Piękny jest, serio...
Zawsze miło jest mi pisać takie luźne posty, bo to też moja forma wygadania się do Was, a jak widać lubię gadać :) post z muzyką mam już gotowy, pewnie wrzucę go na dniach i przydałaby się pewnie recenzja jakiejś książki, co nie...? Obecnie wciąż męczę się z biografią Michael'a Jordana. "Męczę" pod względem jej długości, bo to prawie 600 stron i choć książkę czyta się naprawdę fajnie to zajmuje to trochę czasu. Jak tylko skończę to opowiem coś więcej, ale już teraz polecam wszystkim, nie tylko fanom koszykówki, bo sama do nich nie należę.
Opowiadajcie jak leci u Was, w trakcie ferii czy już po? Dla tych, którzy jak ja zaczynają "zimowego" lenia życzę miłego wypoczynku, a dla pozostałych wytrwałości, już niedługo Wielkanoc i kolejne wolne dni :) Do następnego! *czyli do jutra ;)*
niedziela, 14 lutego 2016
IMAGINE OF PEACE
Przeraża mnie ilość postów, którą muszę przeczytać... mam zaległości z dwóch tygodni, a nie lubię zostawiać nieprzeczytanych wpisów... ale zanim wrócę do czytania, wrzucę coś od siebie. Nie będzie śmiesznie, ironicznie, złośliwie, jak to w moim przypadku często bywa. Będzie w 100% poważnie.
Czytając zaległe posty, trafiłam na wpis o pacyfistach i zdałam sobie sprawę, jak bardzo świat potrzebuje teraz pokoju. Zastanawialiście się kiedyś, o co toczą się wszystkie wojny?
O religię? Jeśli dane państwo chce wyznawać inną religię niż my, co nam do tego?! Szanujmy siebie wzajemnie, respektujmy nasze religijne prawa, nie nawracajmy nikogo na siłę. Zanim ktoś oburzy się, że islamiści podkładają bomby pod kościołami katolickimi, powiem: niech to działa w obie strony. Nawet, jeśli oni nie szanują nas, my szanujmy ich i zamiast zabijać, próbujmy ich przekonać, że możemy żyć obok siebie bez wyrządzania sobie krzywdy. Ktoś musi zaproponować zgodę.
Wojny o pokój? Pokój jest brakiem wojny, więc czy wojną powinno się o niego walczyć? Chyba nic więcej nie trzeba dodawać...
Okres wojen o terytoria chyba już się zakończył, nie mniej również jest to dla mnie głupota. Wyspy w pobliżu Argentyny zależą do Wielkiej Brytanii? Co najmniej nielogiczne, ale czy warto poświęcać życie dla kawałka ziemi? Żeby poprawić sytuację ekonomiczną kraju? Stworzyć miejsca pracy, zapewnić młodym ludziom przyszłość, naprawiać kraj od środka, a nie przelewać krew za wyspę. Diamentów na niej nie ma, więc niewiele krajowi pomoże.
Wojny o władzę? Ile ludzi zginęło na Ukrainie przez psychopatę zwanego Putin? Umarli broniąc swojej ojczyzny, bo prezydent największego państwa na świecie, leżącego na dwóch kontynentach, zajmującego powierzchnię 17 100 000 km² uznał, że wciąż jest ono za małe.
Można by pytać wielu osób, po co to wszystko, ale czy ktoś by nam odpowiedział? Laureat Pokojowej Nagrody Nobla prowadzący wojnę w Syrii? Prezydenci najpotężniejszych i najbardziej wpływowych państw na świecie? Kto mi powie, dlaczego ludzie masowo giną w wojnach, o których przyczynach nie mają pojęcia? Kto mi powie, co kieruje ludźmi, kiedy mordują innych?
Możesz powiedzieć, że jestem marzycielem... ale nie jestem jedyny.
Jak zaśpiewał John Lennon, marzę o pokoju i możecie mówić, że to nierealne, ale ja wierzę. Zawsze będę wierzyć, że ludzie są bardziej dobrzy niż źli i to od nas zależy jak będzie wyglądał świat, w którym żyjemy. Pewnie nie dożyję czasów, gdy ludzie będą otwarci na siebie nawzajem, będzie bezpiecznie i spokojnie... ale pozostaje mi o tym pomarzyć...
Podziękowania dla Arlety, która swoim wpisem zainspirowała mnie do napisania tego posta. Dziękuję.
Czytając zaległe posty, trafiłam na wpis o pacyfistach i zdałam sobie sprawę, jak bardzo świat potrzebuje teraz pokoju. Zastanawialiście się kiedyś, o co toczą się wszystkie wojny?
O religię? Jeśli dane państwo chce wyznawać inną religię niż my, co nam do tego?! Szanujmy siebie wzajemnie, respektujmy nasze religijne prawa, nie nawracajmy nikogo na siłę. Zanim ktoś oburzy się, że islamiści podkładają bomby pod kościołami katolickimi, powiem: niech to działa w obie strony. Nawet, jeśli oni nie szanują nas, my szanujmy ich i zamiast zabijać, próbujmy ich przekonać, że możemy żyć obok siebie bez wyrządzania sobie krzywdy. Ktoś musi zaproponować zgodę.
Wojny o pokój? Pokój jest brakiem wojny, więc czy wojną powinno się o niego walczyć? Chyba nic więcej nie trzeba dodawać...
Okres wojen o terytoria chyba już się zakończył, nie mniej również jest to dla mnie głupota. Wyspy w pobliżu Argentyny zależą do Wielkiej Brytanii? Co najmniej nielogiczne, ale czy warto poświęcać życie dla kawałka ziemi? Żeby poprawić sytuację ekonomiczną kraju? Stworzyć miejsca pracy, zapewnić młodym ludziom przyszłość, naprawiać kraj od środka, a nie przelewać krew za wyspę. Diamentów na niej nie ma, więc niewiele krajowi pomoże.
Wojny o władzę? Ile ludzi zginęło na Ukrainie przez psychopatę zwanego Putin? Umarli broniąc swojej ojczyzny, bo prezydent największego państwa na świecie, leżącego na dwóch kontynentach, zajmującego powierzchnię 17 100 000 km² uznał, że wciąż jest ono za małe.
Można by pytać wielu osób, po co to wszystko, ale czy ktoś by nam odpowiedział? Laureat Pokojowej Nagrody Nobla prowadzący wojnę w Syrii? Prezydenci najpotężniejszych i najbardziej wpływowych państw na świecie? Kto mi powie, dlaczego ludzie masowo giną w wojnach, o których przyczynach nie mają pojęcia? Kto mi powie, co kieruje ludźmi, kiedy mordują innych?
Możesz powiedzieć, że jestem marzycielem... ale nie jestem jedyny.
Jak zaśpiewał John Lennon, marzę o pokoju i możecie mówić, że to nierealne, ale ja wierzę. Zawsze będę wierzyć, że ludzie są bardziej dobrzy niż źli i to od nas zależy jak będzie wyglądał świat, w którym żyjemy. Pewnie nie dożyję czasów, gdy ludzie będą otwarci na siebie nawzajem, będzie bezpiecznie i spokojnie... ale pozostaje mi o tym pomarzyć...
Podziękowania dla Arlety, która swoim wpisem zainspirowała mnie do napisania tego posta. Dziękuję.
piątek, 12 lutego 2016
BLONDE
Kiedy ja tu ostatnio byłam...? Ech, zapewne dawno, więc wracam z nadzieją, że jeszcze nie wszyscy mnie opuścili. Dziś post o tematyce przede wszystkim sportowej, ale zanim, jeszcze trochę o rozpoczynających się dla mnie feriach i szkole.
Dziś ostatni dzień, z którego cztery godziny przeznaczyłam na udawanie, że interesuje mnie szkoła, tematy i nauczyciele. Nie, nie interesują. I zapewne nigdy nie będą... no, ale niech żyją w kłamstwie.
Ten tydzień był szczególnie przyjemny, bo poniedziałek odpuściłam sobie zupełnie. W planach miałam wizytę w urzędzie marszałkowskim po odbiór wyróżnienia, ale że miałam to *delikatnie mówiąc* w pompie to pospałam do 13 *a potem oczywiście poszłam na trening... nie ważne, że oficjalna wersja głosiła, że bolą mnie zatoki*.
Z wtorkowego planu wypadły mi dwa angielskie, w środę nie miałam dwóch polskich *3 godziny lekcji, poezja...*. I wreszcie, po raz pierwszy odczuliśmy, że jesteśmy szkołą sportową, bo w czwartek cała szkoła wypełniła po brzegi małą halę ERGO Areny, żeby kibicować młodej lidze Trefla Gdańsk czyli naszej III klasie siatkarskiej. Piątek to 4 godziny lekcji, więc kończą się one szybciej niż zaczynają i oto jestem! W domu, we własnym pokoju! I zaczynam dwa tygodnie grania, pisania, czytania, oglądania meczy i skoków!
A jak już mówimy o sporcie *moja umiejętność przechodzenia z tematu na temat... jest gówniana :)* to tydzień temu miałam mały maraton siatkarski. Puchar Polski wywalczyła w bólach Skra Bełchatów, pokonując obecnie najlepszą drużynę w lidze - Zaksę Kędzierzyn-Koźle. Przeżyłam trzy zawały, pięć ataków pseudo-parkinsona i rozcięłam sobie rękę... uderzając o biurko... 1:0 dla biurka. Ups.
No, ale mecz skończył się tak, jak chciałam i to jest najważniejsze. Jesteśmy w tej części, w której próbuję wytłumaczyć Wam, że Bełchatów to nie miasto, nie drużyna, nie kopalnia węgla... to stan umysłu.
Nie no, żart, tego nie można wytłumaczyć. Po prostu powiem, że padł zwariowany pomysł, na który zgodziło się dwóch zawodników...
R.I.P. Andrzej Wrona, Facu Conte i ich bożyszcza uroda.
Środowy mecz był w porządku dopóki nie było zbliżeń kamery. Wtedy był śmiech :') pierwsza reakcja: "ja pie***le, jacy oni brzydcy XD". No, ale - jak mówiłam - to jest Bełchatów... żółto-czarne barwy drużyny uhonorowane. Że tak zaśpiewam... "You know what it is, black and yellow, black and yellow, black and yellow, black and yellow" *śmieszek taki ze mnie, he he. he. nie śmieszne, wiem.*
Tak w temacie jeszcze wspomnę, że rozgrywający nie miał farta i farba też go dosięgnęła. Nie wiem jak, bo raczej nie po dobroci i z własnej woli, ale jak się przyjrzycie grzywce to po prawej jest tak śmieszny jasny maziaj. Biedny Nico :') pewnie dostał pędzlem w caban XD
Ale na tym się maraton siatkarski i farbowanie nie kończy, bo równocześnie z Bełchatowem swoje mecze rozgrywały drużyny z Włoch. Puchar trafił w ręce Modeny, która podobnie jak Skra:
a) ma ostro na bani
b) lubi wszystko co żółte
i jako zdobywcy Pucharu Włoch zrobili to, co robią najlepiej... czyli zniszczyli system.
KABOOM! Jakbym widziała moją klasę piłkarzy nożnych... platynowy gen lechistów odnaleziony.
To świeci.
Światłem własnym, nie odbitym.
Współczucie dla Trentino, które wczoraj miało przyjemność zagrać mecz z Modeną... wchodzi na boisko, a po drugiej stronie siatki lampy.
Oczywiście farta mieli łysi *proszę zidentyfikować po prawej stronie, biały i pół-murzyn* bo ucierpiały tylko brody, a to zawsze mniej wstydu jak się zgoli... a farta nie mieli bruneci z zarostem. Oni nigdy nie mają farta. Nigdy. Serio.
Dla potwierdzenia, że to nie są jaja, poszło w świat drugie zdjęcie. Wygląda wieśniacko, ale przynajmniej jest śmiesznie. W sumie oto chodzi w życiu, nie? Żeby było fajnie, nie zawsze poważnie. Modena jest życiem. Taki z tego wniosek.
Jak wspomniałam, łysy miał farta, broda nie wygląda najgorzej. *przy okazji, Tanti Auguri, Ervin Ngapeth!*
Po meczu poszło jeszcze standardowe selfie z dziennikarzem z miejscowej telewizji Rai. Uwierzcie mi, że nikt nie ma lepszych zdjęć z meczu niż Maurizio Colantoni. Nie każdemu lampy chcą pozować.
Jedna z trzech osób na tym zdjęciu ma naturalny kolor włosów. Dwie pozostałe nie mają farta.
Że tak zanucę... moja mała blondyneczko...*moja blondyneczka to ta po prawej, jest ładna, serio*.
I to uczucie, kiedy znajdujesz pierwszą galerię z meczu... i widzisz blond... wszędzie blond...
Świat byłby piękniejszy, gdyby wszyscy mieli do siebie taki dystans.
I niby miało być o sporcie, ale jest bardziej o włosach. Ups.
Jako, że zaczynam ferie, postaram się codziennie wrzucać jakiegoś posta. Zaraz zabieram się za kolejną *3?* część MUZYKI..., bo znalazłam kilka fajnych kawałków i postaram się wrócić do tematu ćwiczeń, siłowni i cheatday'u, o którym obiecałam wspomnieć. Do zobaczenia *mam nadzieję* jutro!
Dziś ostatni dzień, z którego cztery godziny przeznaczyłam na udawanie, że interesuje mnie szkoła, tematy i nauczyciele. Nie, nie interesują. I zapewne nigdy nie będą... no, ale niech żyją w kłamstwie.
Ten tydzień był szczególnie przyjemny, bo poniedziałek odpuściłam sobie zupełnie. W planach miałam wizytę w urzędzie marszałkowskim po odbiór wyróżnienia, ale że miałam to *delikatnie mówiąc* w pompie to pospałam do 13 *a potem oczywiście poszłam na trening... nie ważne, że oficjalna wersja głosiła, że bolą mnie zatoki*.
Z wtorkowego planu wypadły mi dwa angielskie, w środę nie miałam dwóch polskich *3 godziny lekcji, poezja...*. I wreszcie, po raz pierwszy odczuliśmy, że jesteśmy szkołą sportową, bo w czwartek cała szkoła wypełniła po brzegi małą halę ERGO Areny, żeby kibicować młodej lidze Trefla Gdańsk czyli naszej III klasie siatkarskiej. Piątek to 4 godziny lekcji, więc kończą się one szybciej niż zaczynają i oto jestem! W domu, we własnym pokoju! I zaczynam dwa tygodnie grania, pisania, czytania, oglądania meczy i skoków!
A jak już mówimy o sporcie *moja umiejętność przechodzenia z tematu na temat... jest gówniana :)* to tydzień temu miałam mały maraton siatkarski. Puchar Polski wywalczyła w bólach Skra Bełchatów, pokonując obecnie najlepszą drużynę w lidze - Zaksę Kędzierzyn-Koźle. Przeżyłam trzy zawały, pięć ataków pseudo-parkinsona i rozcięłam sobie rękę... uderzając o biurko... 1:0 dla biurka. Ups.
No, ale mecz skończył się tak, jak chciałam i to jest najważniejsze. Jesteśmy w tej części, w której próbuję wytłumaczyć Wam, że Bełchatów to nie miasto, nie drużyna, nie kopalnia węgla... to stan umysłu.
Nie no, żart, tego nie można wytłumaczyć. Po prostu powiem, że padł zwariowany pomysł, na który zgodziło się dwóch zawodników...
R.I.P. Andrzej Wrona, Facu Conte i ich bożyszcza uroda.
Środowy mecz był w porządku dopóki nie było zbliżeń kamery. Wtedy był śmiech :') pierwsza reakcja: "ja pie***le, jacy oni brzydcy XD". No, ale - jak mówiłam - to jest Bełchatów... żółto-czarne barwy drużyny uhonorowane. Że tak zaśpiewam... "You know what it is, black and yellow, black and yellow, black and yellow, black and yellow" *śmieszek taki ze mnie, he he. he. nie śmieszne, wiem.*
Tak w temacie jeszcze wspomnę, że rozgrywający nie miał farta i farba też go dosięgnęła. Nie wiem jak, bo raczej nie po dobroci i z własnej woli, ale jak się przyjrzycie grzywce to po prawej jest tak śmieszny jasny maziaj. Biedny Nico :') pewnie dostał pędzlem w caban XD
Ale na tym się maraton siatkarski i farbowanie nie kończy, bo równocześnie z Bełchatowem swoje mecze rozgrywały drużyny z Włoch. Puchar trafił w ręce Modeny, która podobnie jak Skra:
a) ma ostro na bani
b) lubi wszystko co żółte
i jako zdobywcy Pucharu Włoch zrobili to, co robią najlepiej... czyli zniszczyli system.
KABOOM! Jakbym widziała moją klasę piłkarzy nożnych... platynowy gen lechistów odnaleziony.
To świeci.
Światłem własnym, nie odbitym.
Współczucie dla Trentino, które wczoraj miało przyjemność zagrać mecz z Modeną... wchodzi na boisko, a po drugiej stronie siatki lampy.
Oczywiście farta mieli łysi *proszę zidentyfikować po prawej stronie, biały i pół-murzyn* bo ucierpiały tylko brody, a to zawsze mniej wstydu jak się zgoli... a farta nie mieli bruneci z zarostem. Oni nigdy nie mają farta. Nigdy. Serio.
Dla potwierdzenia, że to nie są jaja, poszło w świat drugie zdjęcie. Wygląda wieśniacko, ale przynajmniej jest śmiesznie. W sumie oto chodzi w życiu, nie? Żeby było fajnie, nie zawsze poważnie. Modena jest życiem. Taki z tego wniosek.
Jak wspomniałam, łysy miał farta, broda nie wygląda najgorzej. *przy okazji, Tanti Auguri, Ervin Ngapeth!*
Po meczu poszło jeszcze standardowe selfie z dziennikarzem z miejscowej telewizji Rai. Uwierzcie mi, że nikt nie ma lepszych zdjęć z meczu niż Maurizio Colantoni. Nie każdemu lampy chcą pozować.
Jedna z trzech osób na tym zdjęciu ma naturalny kolor włosów. Dwie pozostałe nie mają farta.
Że tak zanucę... moja mała blondyneczko...*moja blondyneczka to ta po prawej, jest ładna, serio*.
I to uczucie, kiedy znajdujesz pierwszą galerię z meczu... i widzisz blond... wszędzie blond...
Świat byłby piękniejszy, gdyby wszyscy mieli do siebie taki dystans.
I niby miało być o sporcie, ale jest bardziej o włosach. Ups.
Jako, że zaczynam ferie, postaram się codziennie wrzucać jakiegoś posta. Zaraz zabieram się za kolejną *3?* część MUZYKI..., bo znalazłam kilka fajnych kawałków i postaram się wrócić do tematu ćwiczeń, siłowni i cheatday'u, o którym obiecałam wspomnieć. Do zobaczenia *mam nadzieję* jutro!
*jutro idę na gym i właśnie wpierdalam chipsy :)*
sobota, 30 stycznia 2016
MUZYKA Z JEZIORKA #2
#1 STROMAE - TOUS LES MEMES
Ostatnio stałym elementem mojego dnia stał się snapchat. Pomijając siatkarzy, moimi ulubieńcami są Marita (DEYNN) i Daniel Majewski (majewskitrenuje). Kto ogląda, ten wie, że rzadko się zdarza, żeby na snapie nie leciało PAPAOUTAI, które jest właściwie już hymnem Daniela. TOUS LES MEMES to kolejna piosenka Stromae i podbiła moje serce tak, jak poprzednia.
A kto nie ogląda, ten niech po prostu posłucha.
# RUDIMENTAL & ED SHEERAN - LAT IT ALL ON ME
Nie przepadam za bardzo za Rudimental, bo obrzydł mi przez puszczaną na okrągłą piosenkę WAITING ALL NIGHT, która niezbyt mi podeszła... Tym razem, w połączeniu z głosem Sheerana wyszło z tego coś naprawdę przyjemnego dla ucha.
#3 JASON DERULO & JENNIFER LOPEZ - TRY ME
W tej chwili mój numer jeden! Lekko, pozytywnie, jakby w tęsknocie za latem. Poprawia mi humor, gdy zaczyna się kolejny tydzień szkoły, daje klimat, gdy nadchodzi weekend i właśnie zeżarłam pizze z żelków. Dziękuję.
#4 MADONNA - GHOSTTOWN
Wydany rok temu singiel nie zrobił furory na rynku muzycznym i gdyby nie przypadkowy artykuł na przypadkowej stronie pewnie nigdy bym o niej nie usłyszała. Na szczęście wyszło jak wyszło i chętnie wracam do tego numeru. Nostalgiczny i romantyczny kawałek z utrzymanym w mrocznym, post apokaliptycznym klimacie teledyskiem.
#5 BEYONCE - CRAZY IN LOVE (50 SHADOWS OF GREY VERSION)
Od premiery "50 twarzy Grey'a" minęło już sporo czasu. Ucichły plotki i dyskusje na temat filmu, przminął fenomen "Love my like you do", od którego nadmiaru można było rzygać tęczą. Mnie tymczasem naszła ochota na promującą film piosenkę Beyonce, która jest coverem hitu z 2003 roku. Z tanecznej piosenki autorka zrobiła klimatyczny i uwodzicielski kawałek. Klasa!
Ostatnio stałym elementem mojego dnia stał się snapchat. Pomijając siatkarzy, moimi ulubieńcami są Marita (DEYNN) i Daniel Majewski (majewskitrenuje). Kto ogląda, ten wie, że rzadko się zdarza, żeby na snapie nie leciało PAPAOUTAI, które jest właściwie już hymnem Daniela. TOUS LES MEMES to kolejna piosenka Stromae i podbiła moje serce tak, jak poprzednia.
A kto nie ogląda, ten niech po prostu posłucha.
# RUDIMENTAL & ED SHEERAN - LAT IT ALL ON ME
Nie przepadam za bardzo za Rudimental, bo obrzydł mi przez puszczaną na okrągłą piosenkę WAITING ALL NIGHT, która niezbyt mi podeszła... Tym razem, w połączeniu z głosem Sheerana wyszło z tego coś naprawdę przyjemnego dla ucha.
#3 JASON DERULO & JENNIFER LOPEZ - TRY ME
W tej chwili mój numer jeden! Lekko, pozytywnie, jakby w tęsknocie za latem. Poprawia mi humor, gdy zaczyna się kolejny tydzień szkoły, daje klimat, gdy nadchodzi weekend i właśnie zeżarłam pizze z żelków. Dziękuję.
#4 MADONNA - GHOSTTOWN
Wydany rok temu singiel nie zrobił furory na rynku muzycznym i gdyby nie przypadkowy artykuł na przypadkowej stronie pewnie nigdy bym o niej nie usłyszała. Na szczęście wyszło jak wyszło i chętnie wracam do tego numeru. Nostalgiczny i romantyczny kawałek z utrzymanym w mrocznym, post apokaliptycznym klimacie teledyskiem.
#5 BEYONCE - CRAZY IN LOVE (50 SHADOWS OF GREY VERSION)
Od premiery "50 twarzy Grey'a" minęło już sporo czasu. Ucichły plotki i dyskusje na temat filmu, przminął fenomen "Love my like you do", od którego nadmiaru można było rzygać tęczą. Mnie tymczasem naszła ochota na promującą film piosenkę Beyonce, która jest coverem hitu z 2003 roku. Z tanecznej piosenki autorka zrobiła klimatyczny i uwodzicielski kawałek. Klasa!
sobota, 23 stycznia 2016
FIT INSPIRATIONS
Wiecie co robi człowiek po powrocie do domu na weekend? Wpier***a. Wszystko co nadaje się do jedzenia. 4 miski płatków zapija colą, poprawia połową słoika nutelli, bułkami pełnoziarnistymi i waniliowym jogurtem pitnym. Kubek herbaty z cytryną, bo zimno na dworze. No, moja dieta... nie, nie od jutra, po prostu dziś cheat day (o którym też trochę opowiem w najbliższym czasie).
A wracając do tematu... Niedawno wrzuciłam mowę motywacyjną, więc dziś przychodzę z czymś miłym dla oka. Pokażę Wam kilka zdjęć przedstawiających moje ideały, o które walczę i pewnego dnia - mam nadzieję - osiągnę.
1. BRZUCH
Mój fetysz numer jeden. Silny brzuch to niekoniecznie męski sześciopak. Dla pań, które wolałby coś delikatniejszego i bardziej kobiecego poleca się wszelkiego rodzaju ćwiczenia w formie deski i wymachu nogami, które angażują przede wszystkim dolne partie brzucha, a co za tym idzie - spalają cześć tłuszczu z tych okolic. No i ćwiczenia cardio! Bieganie, schody, rowerek, każdy znajdzie coś dla siebie.
2. RĘCE
Nie ścigaj się ze swoim chłopakiem. Faceci mają genetycznie zaprogramowane dbanie o bicepsy. Mając w obwodzie więcej, niż stali bywalcy siłowni płci męskiej będziesz wyglądać jak Robert Brunejka. Jeśli ci się to marzy to ok, 100 na łapę i lecimy, ale który facet chciałby się umówić z Hardkorowym Koksem?
3. NOGI
Nie zapominamy o dniu nóg! Broń mnie Boże przed byczymi udami i męskimi łydkami. Kobiece nogi powinny być silne, ale smukłe. Zamiast inwestować energię w kolejną serię przysiadów, zrób cardio! Spal tłuszcz, a mięśnie będą bardziej widoczne. Nie ma potrzeby hodowania ich do XXL.
4. PLECY
Mój fetysz numer dwa. Umięśnione plecy... ech... no prostu są fajne. Oczywiście nie mówię tu o tym, żeby wzorować się na Hulku i mieć grzbiet jak wół, ale pomyślcie o tych sukienkach z wyciętymi plecami... Padam. Nie wstaję. Albo wstaję. I idę robić plecy.
5. POŚLADKI
Niech widzą, że pompujesz! Jestem przeciwniczką tyłków nadmuchanych na wzór Nicki Minaj, ale krągłe i jędrne pośladki są tym, co tygryski lubią najbardziej. Zdecydowanie lepiej prezentuje się kształtna pupa w leginsach niż płaski flak w beznadziejnej próbie ratowania go obcisłymi dżinsami.
Pomijając te pięć standardów to fetyszem numer trzy jest spalanie boczków. Geny niestety zarządziły, że większość tłuszczu osadza mi się właśnie na brzuchu i bokach. Na spalanie najlepsze bieganie, ale nie zaszkodzi też dołożyć do tego deski ze skrętami bioder. Kilka fajniejszych ćwiczeń postaram się pokazać w kolejnym poście :)
Zapraszam również na drugiego bloga o tematyce sportowej :)
volleyski.blogspot.com
A wracając do tematu... Niedawno wrzuciłam mowę motywacyjną, więc dziś przychodzę z czymś miłym dla oka. Pokażę Wam kilka zdjęć przedstawiających moje ideały, o które walczę i pewnego dnia - mam nadzieję - osiągnę.
1. BRZUCH
Mój fetysz numer jeden. Silny brzuch to niekoniecznie męski sześciopak. Dla pań, które wolałby coś delikatniejszego i bardziej kobiecego poleca się wszelkiego rodzaju ćwiczenia w formie deski i wymachu nogami, które angażują przede wszystkim dolne partie brzucha, a co za tym idzie - spalają cześć tłuszczu z tych okolic. No i ćwiczenia cardio! Bieganie, schody, rowerek, każdy znajdzie coś dla siebie.
2. RĘCE
Nie ścigaj się ze swoim chłopakiem. Faceci mają genetycznie zaprogramowane dbanie o bicepsy. Mając w obwodzie więcej, niż stali bywalcy siłowni płci męskiej będziesz wyglądać jak Robert Brunejka. Jeśli ci się to marzy to ok, 100 na łapę i lecimy, ale który facet chciałby się umówić z Hardkorowym Koksem?
Nie zapominamy o dniu nóg! Broń mnie Boże przed byczymi udami i męskimi łydkami. Kobiece nogi powinny być silne, ale smukłe. Zamiast inwestować energię w kolejną serię przysiadów, zrób cardio! Spal tłuszcz, a mięśnie będą bardziej widoczne. Nie ma potrzeby hodowania ich do XXL.
4. PLECY
Mój fetysz numer dwa. Umięśnione plecy... ech... no prostu są fajne. Oczywiście nie mówię tu o tym, żeby wzorować się na Hulku i mieć grzbiet jak wół, ale pomyślcie o tych sukienkach z wyciętymi plecami... Padam. Nie wstaję. Albo wstaję. I idę robić plecy.
5. POŚLADKI
Niech widzą, że pompujesz! Jestem przeciwniczką tyłków nadmuchanych na wzór Nicki Minaj, ale krągłe i jędrne pośladki są tym, co tygryski lubią najbardziej. Zdecydowanie lepiej prezentuje się kształtna pupa w leginsach niż płaski flak w beznadziejnej próbie ratowania go obcisłymi dżinsami.
Pomijając te pięć standardów to fetyszem numer trzy jest spalanie boczków. Geny niestety zarządziły, że większość tłuszczu osadza mi się właśnie na brzuchu i bokach. Na spalanie najlepsze bieganie, ale nie zaszkodzi też dołożyć do tego deski ze skrętami bioder. Kilka fajniejszych ćwiczeń postaram się pokazać w kolejnym poście :)
Zapraszam również na drugiego bloga o tematyce sportowej :)
volleyski.blogspot.com
sobota, 16 stycznia 2016
BAD DAY
Myślę, że nie ma w życiu sportowca nic gorszego niż miażdżąca porażka. Zdajesz sobie sprawę, że twoja praca nie przynosi oczekiwanych efektów. To tak, jakby ostatni czas poświęcony na treningi nic nie znaczył...
Ostatni poniedziałek był dla mnie jednym z takich dni. Zdecydowałam się na szkołę sportową bez żadnego konkretnego powodu i dla wielu mogłoby się to wydawać głupotą, bo nigdy nic nie trenowałam. Jednak znam siebie lepiej niż inni i wiem, że nie zadowoliłaby mnie inna szkoła niż ta, którą wybrałam. Wiedzą, że sport po prostu sprawia mi radość i daje satysfakcję, wybrałam klasę siatkarską i od września zaczęłam trenować.
Nie muszę chyba mówić, że byłam najsłabsza. Większość dziewczyn trenowała już kilka lat, część miała podstawy, tymczasem ja... nie miałam nic. Zaczynałam od zera i dziś potrafię już przyznać, że widzę efekty. Na pewno nie jestem najlepsza i jeszcze wiele brakuje mi do wyrównania poziomu z koleżankami z klasy, ale na pewno jestem na dobrej drodze.
Moja ambicja przekłada się też na gorycz porażki, która potrafi mnie bardzo zniechęcić. Poniedziałkowy trening przyprawił mnie o łzy, co - swoim zwyczajem - skutecznie ukrywałam. To po prostu jeden z tych dni, kiedy nie wychodzi kompletnie nic i zaczynasz się zastanawiać, czy to wszystko jest tego warte. Godziny spędzone na sali, codzienne wstawanie przed siódmą, żeby iść na trening, choć lekcje zaczynają się dopiero o jedenastej, poobijane ręce, stłuczone i pozdzierane kolana... po co to wszystko, kiedy nic to nie daje...?
To był bardzo ciężki dzień. Chciałam odreagować na siłowni, bo zawsze złe emocje składam się zmieniać w siłę i dodatkową energię. Niestety... po pierwsze: za drogo, po drugie: jestem niepełnoletnia. Kolejne kopnięcie leżącego. Jako, że mieszkam w internacie, nie chciałam siedzieć w pokoju ze współlokatorkami. Wybrałam się do centrum do księgarni, gdzie miałam odebrać paczkę. W tramwaju nie nie mogłam kupić biletu, bo nie miałam drobnych, a kierowca nie miał wydać, bo - jak twierdzi - "musi wziąć tyle, ile się należy". W podobnej sytuacji znalazła się kobieta, która ostatecznie wysiadła z tramwaju. Ja zdecydowałam się jechać na illegalu, bliska płaczu. Tymczasem zupełnie obca kobieta dała mi bilet ze słowami "proszę, skarbie". Podziękowałam i popłakałam się. Siedziałam w tramwaju zapłakana jak małe dziecko i przez dłuższą chwilę zastanawiałam się nad powrotem do domu. Ostatecznie odebrałam moją paczkę, odwiedziłam drogerię i wróciłam do internatu.
Dzień zakończyłam z przefarbowanymi na czarno włosami, przedpremierowo zakupioną biografią Thomasa Morgensterna i myślą, że nikt nie jest robotem. To był pierwszy poważny kryzys w mojej pseudo-karierze siatkarskiej i mam nadzieję, że przez długi czas się nie powtórzy. Kolejne trening przebiegają raz lepiej, raz gorzej, ale staram się cały czas iść do przodu.
A jeśli kiedyś będziecie mogli, pomóżcie komuś. Nigdy nie wiadomo, w jakiej sytuacji dana osoba się znajduje, a drobny gest może okazać się dla niej inspiracją i ogromnym wsparciem. Ja na przykład, noszę teraz przy sobie dodatkowy bilet...
Ostatni poniedziałek był dla mnie jednym z takich dni. Zdecydowałam się na szkołę sportową bez żadnego konkretnego powodu i dla wielu mogłoby się to wydawać głupotą, bo nigdy nic nie trenowałam. Jednak znam siebie lepiej niż inni i wiem, że nie zadowoliłaby mnie inna szkoła niż ta, którą wybrałam. Wiedzą, że sport po prostu sprawia mi radość i daje satysfakcję, wybrałam klasę siatkarską i od września zaczęłam trenować.
Nie muszę chyba mówić, że byłam najsłabsza. Większość dziewczyn trenowała już kilka lat, część miała podstawy, tymczasem ja... nie miałam nic. Zaczynałam od zera i dziś potrafię już przyznać, że widzę efekty. Na pewno nie jestem najlepsza i jeszcze wiele brakuje mi do wyrównania poziomu z koleżankami z klasy, ale na pewno jestem na dobrej drodze.
Moja ambicja przekłada się też na gorycz porażki, która potrafi mnie bardzo zniechęcić. Poniedziałkowy trening przyprawił mnie o łzy, co - swoim zwyczajem - skutecznie ukrywałam. To po prostu jeden z tych dni, kiedy nie wychodzi kompletnie nic i zaczynasz się zastanawiać, czy to wszystko jest tego warte. Godziny spędzone na sali, codzienne wstawanie przed siódmą, żeby iść na trening, choć lekcje zaczynają się dopiero o jedenastej, poobijane ręce, stłuczone i pozdzierane kolana... po co to wszystko, kiedy nic to nie daje...?
To był bardzo ciężki dzień. Chciałam odreagować na siłowni, bo zawsze złe emocje składam się zmieniać w siłę i dodatkową energię. Niestety... po pierwsze: za drogo, po drugie: jestem niepełnoletnia. Kolejne kopnięcie leżącego. Jako, że mieszkam w internacie, nie chciałam siedzieć w pokoju ze współlokatorkami. Wybrałam się do centrum do księgarni, gdzie miałam odebrać paczkę. W tramwaju nie nie mogłam kupić biletu, bo nie miałam drobnych, a kierowca nie miał wydać, bo - jak twierdzi - "musi wziąć tyle, ile się należy". W podobnej sytuacji znalazła się kobieta, która ostatecznie wysiadła z tramwaju. Ja zdecydowałam się jechać na illegalu, bliska płaczu. Tymczasem zupełnie obca kobieta dała mi bilet ze słowami "proszę, skarbie". Podziękowałam i popłakałam się. Siedziałam w tramwaju zapłakana jak małe dziecko i przez dłuższą chwilę zastanawiałam się nad powrotem do domu. Ostatecznie odebrałam moją paczkę, odwiedziłam drogerię i wróciłam do internatu.
Dzień zakończyłam z przefarbowanymi na czarno włosami, przedpremierowo zakupioną biografią Thomasa Morgensterna i myślą, że nikt nie jest robotem. To był pierwszy poważny kryzys w mojej pseudo-karierze siatkarskiej i mam nadzieję, że przez długi czas się nie powtórzy. Kolejne trening przebiegają raz lepiej, raz gorzej, ale staram się cały czas iść do przodu.
A jeśli kiedyś będziecie mogli, pomóżcie komuś. Nigdy nie wiadomo, w jakiej sytuacji dana osoba się znajduje, a drobny gest może okazać się dla niej inspiracją i ogromnym wsparciem. Ja na przykład, noszę teraz przy sobie dodatkowy bilet...
Zapraszam na mojego nowego bloga sportowego *z nieco lżejszą tematyką*
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















