#1 SELENA GOMEZ - SAME OLD LOVE
Mój numer jeden w ostatnim czasie. Przełom w muzyce dawnej gwiazdy Disney'a notuję na piosenkę "Come & get it" i późniejsze WIELKIE BUM! na "The Heart Wants What It Wants". Teraz z każdym kolejnym kawałkiem jest tylko lepiej.
#2 DAWIN - DESSERT
Jeśli nie wiecie, co to za piosenka, przewińcie na refren. Kto spędza w internecie tyle czasu co ja, zapewne trafił na nią przy okazji trzęsących się tyłków. Wcale nie skaczę na krześle jak debil, kiedy ją słyszę. Wcale. Uwielbiam te latające hamburgery w teledysku.
#3 RIHANNA & DRAKE - WORK
ŁA ŁA ŁA ŁA ŁA ŁA! KŁA KŁA KŁA KŁA KŁA KŁA!
Ja tam "work" nie słyszę, ale czy to ważne? Nie masz tego śpiewać, masz do tego tańczyć. Nie ważne jak. Przebierz się w najbardziej wieśniacką kieckę z falbankami jaką masz, ubierz obcasy na których nie umiesz chodzić. Shake dat ass. KŁA KŁA KŁA KŁA KŁA KŁA KŁA!
#4 NOTRE DAME DE PARIS - BELLE
STOP. Hejterze muzyki klasycznej i operowej wychodzą.
Garou, Daniel Lavoie i Patric Fiori. Głosy idealne. Oryginalne wykonanie z 1998 roku jak dla mnie jest najlepsze, choć w 2006 roku na jednym z festiwali panowie też nieźle dają sobie radę. W skrócie: mogę tego słuchać wiecznie.
#5 BRUNO PELLETIER - LES TEMPS DES CATHEDRALES
Kolejna aria z "Dzwonnika z Notre Dame", chyba jeszcze piękniejsza i bardziej przejmująca. Kanadyjski piosenkarz otwiera musical w niesamowity sposób. Co najciekawsze, polska wersja w wykonaniu Janusza Radka też nie kuleje, co jest dla mnie miłym zaskoczeniem. Polecam przesłuchać obie, od polskiej zaczynając... bo wiecie, jednak po tej francuskiej nasza może wypaść dość słabo.
środa, 16 marca 2016
sobota, 12 marca 2016
SATURDAY AFTERNOON
Ostatnio rzuciłam w świat post kosmetyczny i dość dobrze się przyjął, więc postaram się od czasu do czasu tworzyć coś takiego :) już mogę zapowiedzieć, że na pewno wspomnę o fajnym sklepie internetowym, w którym zakupy robiłam już drugi raz i znów jestem mega zadowolona :) no i szykuje się kolejny post muzyczny... ostatnio słucham repertuaru z "Dzwonnika z Notre Dame" *DEAL WITH IT*
Ale zanim to wszystko...
Ostatnio oglądałam mecz *Boże, jak wy już musicie mieć dość tych meczy XD* Modeny z Halkbankiem Ankara *nie wiem, czy się odmienia, ale zaryzykuję :')*. No wiecie... to tamto, fajnie, lampy będą grały... mecz stracił sens zanim się zaczął.
Jako, że macie prawo nie rozumieć dramatyzmu tego zjawiska to wam go trochę przybliżę...
1) dobra dupa 2) dobra dupa lampa 3) kryminalista
*aż mi przestały moje herbatniki smakować... idź pan z tym wszystkim w cholerę*
Nastał dramatyczny czas żałoby i oczekiwania, aż odrosną. Boże, daj mi siłę.
I oto nadszedł dzień zwany sobotą, a tam gdzie zima *he he he helmans, gówno, nie zima, ale w niektórych krajach jest coś takiego jak śnieg, serio :)* i weekend, tam też skoki. Przedostatni konkurs sezonu w Titisee-Neustadt...
NAPISAŁAM DOBRZE NAZWĘ!
... zapewne znów wygra Peter Prevc, no ale zobaczymy. Właśnie siedzę, piszę i oglądam.
A w czasie trwania drugiej serii, tak więc od 15, będę równocześnie oglądać mecz Skra Bełchatów - Cuprum Lubin. Niby Skra mocna itp. itd. ale Cuprum ostatnio się popisuje i wygrywa z co raz to lepszymi drużynami. Tak więc czekam. Trzymam kciuki.
*Bosz, ale mi pachnie z kuchni mięsem*
*Lol, jakie brzydkie dziecko w telewizji. Nienawidzę dzieci*
Marzec jest chyba moim obecnie ulubionym miesiącem szkolnym, bo w zeszłym tygodniu byłam w szkole trzy dni, w tym tygodniu kolejne trzy dni, w następnym mam rekolekcje od czwartku, więc znowu trzy, a za dwa tygodnie święta... żyć, nie umierać.
*Boże, jak mój pies śmierdzi, to jest szok. Serio, kąpie go. A on i tak śmierdzi. Wali jak cholera.*
Bateria mojego laptopa jest ewenementem.
13.44 - 94% baterii pozostało 2 godz. 46 min
*godzinę później*
Lol, Prevc nie wygrał! Wyczuwam powrót żartów o drugim miejscu XD Pierwszy Forfang, trzeci Gangnes. I meczu nie oglądam, bo nie ma transmisji :') dzięki, Polsat. Suki.
Do następnego, idę grać w Wiedźmina ;)
Ale zanim to wszystko...
Ostatnio oglądałam mecz *Boże, jak wy już musicie mieć dość tych meczy XD* Modeny z Halkbankiem Ankara *nie wiem, czy się odmienia, ale zaryzykuję :')*. No wiecie... to tamto, fajnie, lampy będą grały... mecz stracił sens zanim się zaczął.
Jako, że macie prawo nie rozumieć dramatyzmu tego zjawiska to wam go trochę przybliżę...
*aż mi przestały moje herbatniki smakować... idź pan z tym wszystkim w cholerę*
Nastał dramatyczny czas żałoby i oczekiwania, aż odrosną. Boże, daj mi siłę.
I oto nadszedł dzień zwany sobotą, a tam gdzie zima *he he he helmans, gówno, nie zima, ale w niektórych krajach jest coś takiego jak śnieg, serio :)* i weekend, tam też skoki. Przedostatni konkurs sezonu w Titisee-Neustadt...
NAPISAŁAM DOBRZE NAZWĘ!
... zapewne znów wygra Peter Prevc, no ale zobaczymy. Właśnie siedzę, piszę i oglądam.
A w czasie trwania drugiej serii, tak więc od 15, będę równocześnie oglądać mecz Skra Bełchatów - Cuprum Lubin. Niby Skra mocna itp. itd. ale Cuprum ostatnio się popisuje i wygrywa z co raz to lepszymi drużynami. Tak więc czekam. Trzymam kciuki.
*Bosz, ale mi pachnie z kuchni mięsem*
*Lol, jakie brzydkie dziecko w telewizji. Nienawidzę dzieci*
Marzec jest chyba moim obecnie ulubionym miesiącem szkolnym, bo w zeszłym tygodniu byłam w szkole trzy dni, w tym tygodniu kolejne trzy dni, w następnym mam rekolekcje od czwartku, więc znowu trzy, a za dwa tygodnie święta... żyć, nie umierać.
*Boże, jak mój pies śmierdzi, to jest szok. Serio, kąpie go. A on i tak śmierdzi. Wali jak cholera.*
Bateria mojego laptopa jest ewenementem.
13.44 - 94% baterii pozostało 2 godz. 46 min
14.07 - 42% baterii pozostało 34 min
Boże, mały Fannemel zarąbał 143 metry... punkt K *tzw. linia przyzwoitości na 125 metrze...* Niech wygra, lubię go. Jest malutki i ma ładne oczy. *a w ogóle post o norweskich skoczkach też mam przygotowany, kiedyś wrzucę, może za tydzień na koniec sezonu*
No kurwa, Prevc prowadzi po pierwszej serii. Wiecie jakie to już jest nudne?! On wiecznie wygrywa. Skoczył o 5 metrów bliżej niż drugi na liście Forfang. I tak go wyprzedził. No po prostu kurwa, no nie...
Lol, Prevc nie wygrał! Wyczuwam powrót żartów o drugim miejscu XD Pierwszy Forfang, trzeci Gangnes. I meczu nie oglądam, bo nie ma transmisji :') dzięki, Polsat. Suki.
Do następnego, idę grać w Wiedźmina ;)
czwartek, 3 marca 2016
1000, 100 I KAWIOR
Liczby, liczby, wszędzie liczby! Jakiś czas mnie tu nie było, a tymczasem stuknęło mi 1500 wyświetleń i pierwsze 100 komentarzy :) dla wielu pewnie liczby niezbyt pokaźne, dla mnie jak najbardziej :) dziękuję Wam, że jesteście i czytacie, regularnie lub spontanicznie :)
Z tej okazji zerwę ze swoją zasadą: zero ciuchów, zero kosmetyków i pokażę wam parę rzeczy, które dorwałam ostatnio w drogeriach :) Wyjątkowo zrezygnowałam z Rossmanna na rzeczy drogerii Natura, która zdaniem wielu osób jest bardziej zasobna w naturalne kosmetyki do pielęgnacji. Potwierdzam, nie brak ich tam, jednak tym razem nie znalazłam wśród nich nic interesującego. Znalazłam za to parę innych kosmetyków...
Pierwszą rzeczą, na którą zdecydowałam się właściwie przez przypadek jest maska do włosów z firmy Kallos. Był to mój pierwszy produkt z tej firmy i kupiłam go ze względu na cenę: 12 zł za 1000 ml.
Na opakowaniu czytamy o naprawczych właściwościach kawioru, który ma przywrócić i odnowić naturalną siłę osłabionych włosów. Moje włosy nie są szczególnie zniszczone, choć są dość łamliwe. Kawiorowa maska sprawia, że są miękkie i nie puszą się, a w dodatku ładnie pachną. Maska nie obciąża włosów i nie przetłuszcza ich, więc zdecydowanie na plus :) wydajność, dobra cena i dobry efekt :)
Kosmetykiem, który kupuję przy każdej wizycie z drogerii jest korektor. Jestem zakręcona na punkcie kamuflaży, zapewne ze względu na moje problemy z cerą, które przy każdym makijażu wymagają dokładnego zakrywania. Nie trafiłam jeszcze na żadnego 'kapcia', który byłby kompletnym dnem, ale nie mam również swojego faworyta. Wiele osób poleca korektor z Catrice i z ręką na sercu przyznaję, że jeszcze go nie używałam.
Tym razem kupiłam kamuflaż od Essence, składający się z dwóch odcieni, choć niewiele się one od siebie różnią. Konsystencja korektora jest gęsta i dobrze kryje, łatwo się rozprowadza i długo się utrzymuje. Cena wynosi około 9 zł, co oznacza, że najczęściej wybierany przeze mnie korektor z Wibo ma poważną konkurencję ;)
Nawet po ścięciu moich włosów o jakieś 30 cm szybko powrócił problem rozdwojonych końcówek. Pomogła mi dopiero intensywna maska regenerująca od Pantene. Standardowa cena maski to około 20 zł, ja kupiłam ją za niecałe 10 zł na wyprzedaży i jest to już drugie opakowanie, które używam. Według producenta wystarczą 2 minuty by zregenerować włosy. Ja zwykle trzymam maskę... 10 razy dłużej, bo nakładam ją w trakcie kąpieli ;) tak czy inaczej, odżywka ta spełnia swoje zadanie. Moje włosy nie rozdwajają się, są miękkie i łatwo się układają. Zniknął również problem puszenia się. Maska ma cudowny zapach, który długo utrzymuje się na włosach.
Nie używam podkładu, dlatego ważny jest dla mnie dobry puder. Używam go dość dużo, a żeby uniknąć efektu pomarańczy, korzystam z pudrów transparentnych. Z nadzieją kupowałam pudry z różnych firm, żeby przekonać się, że to kolejna klapa. Wszystkie były bardzo nietrwałe, już po godzinie lub dwóch powracał problem świecącej cery. Dobry puder transparenty kupiłam dopiero miesiąc temu. Look Now! z firmy Bell kosztuje ok. 7 zł i jest do kupienia w naszej cebulowej Biedronce :) ogromne zaskoczenie, bo puder trzyma się cały dzień i posiada wszystkie zalety dobrego pudru transparentnego. Mój miał już bliskie spotkanie z łazienkowymi kafelkami, więc niestety, wygląda jak wygląda :/
Kolejnym z moich fetyszy są brwi, które maluję za pomocą tuszu do rzęs i cieni. Tusz Curling Pump Up z Lovely polecam zarówno do rzęs, jak i do brwi, bo nie skleja ich, co dla mnie zawsze jest dużym problemem. Ciężko mi był znaleźć cienie bez brokatu i dopiero koleżanka poleciła mi paletę Silkwear Eyeshadow z Wibo. Paletka przeznaczona do wykonywania smoky eye posiada cztery cienie, nr.3, który posiadam to kolory od bieli, przez dwa odcienie brązu, po czerń, której używam do brwi. Wszystkie cienie mają mocny kolor, są trwałe, a brokat znajduje się tylko z ciemniejszym brązie, jednak jego ilości wciąż są niewielkie.
A jak już mówimy o brwiach, to Tanti Auguri, Filippo Lanza! Chciałbym, żeby moje brwi chciały ze mną tak współpracować. Niestety, nie chcą :')
To tyle na dziś, zmyka oglądać mecz, bo co innego mogłabym robić wieczorem? :) Wam życzę powodzenia w jutrzejszym dniu, bo to już piątek i upragniony weekend :) jeszcze raz dziękuję za statystki i do następnego! :*
Z tej okazji zerwę ze swoją zasadą: zero ciuchów, zero kosmetyków i pokażę wam parę rzeczy, które dorwałam ostatnio w drogeriach :) Wyjątkowo zrezygnowałam z Rossmanna na rzeczy drogerii Natura, która zdaniem wielu osób jest bardziej zasobna w naturalne kosmetyki do pielęgnacji. Potwierdzam, nie brak ich tam, jednak tym razem nie znalazłam wśród nich nic interesującego. Znalazłam za to parę innych kosmetyków...
Pierwszą rzeczą, na którą zdecydowałam się właściwie przez przypadek jest maska do włosów z firmy Kallos. Był to mój pierwszy produkt z tej firmy i kupiłam go ze względu na cenę: 12 zł za 1000 ml.
Na opakowaniu czytamy o naprawczych właściwościach kawioru, który ma przywrócić i odnowić naturalną siłę osłabionych włosów. Moje włosy nie są szczególnie zniszczone, choć są dość łamliwe. Kawiorowa maska sprawia, że są miękkie i nie puszą się, a w dodatku ładnie pachną. Maska nie obciąża włosów i nie przetłuszcza ich, więc zdecydowanie na plus :) wydajność, dobra cena i dobry efekt :)
Tym razem kupiłam kamuflaż od Essence, składający się z dwóch odcieni, choć niewiele się one od siebie różnią. Konsystencja korektora jest gęsta i dobrze kryje, łatwo się rozprowadza i długo się utrzymuje. Cena wynosi około 9 zł, co oznacza, że najczęściej wybierany przeze mnie korektor z Wibo ma poważną konkurencję ;)
Nawet po ścięciu moich włosów o jakieś 30 cm szybko powrócił problem rozdwojonych końcówek. Pomogła mi dopiero intensywna maska regenerująca od Pantene. Standardowa cena maski to około 20 zł, ja kupiłam ją za niecałe 10 zł na wyprzedaży i jest to już drugie opakowanie, które używam. Według producenta wystarczą 2 minuty by zregenerować włosy. Ja zwykle trzymam maskę... 10 razy dłużej, bo nakładam ją w trakcie kąpieli ;) tak czy inaczej, odżywka ta spełnia swoje zadanie. Moje włosy nie rozdwajają się, są miękkie i łatwo się układają. Zniknął również problem puszenia się. Maska ma cudowny zapach, który długo utrzymuje się na włosach.
Nie używam podkładu, dlatego ważny jest dla mnie dobry puder. Używam go dość dużo, a żeby uniknąć efektu pomarańczy, korzystam z pudrów transparentnych. Z nadzieją kupowałam pudry z różnych firm, żeby przekonać się, że to kolejna klapa. Wszystkie były bardzo nietrwałe, już po godzinie lub dwóch powracał problem świecącej cery. Dobry puder transparenty kupiłam dopiero miesiąc temu. Look Now! z firmy Bell kosztuje ok. 7 zł i jest do kupienia w naszej cebulowej Biedronce :) ogromne zaskoczenie, bo puder trzyma się cały dzień i posiada wszystkie zalety dobrego pudru transparentnego. Mój miał już bliskie spotkanie z łazienkowymi kafelkami, więc niestety, wygląda jak wygląda :/
Kolejnym z moich fetyszy są brwi, które maluję za pomocą tuszu do rzęs i cieni. Tusz Curling Pump Up z Lovely polecam zarówno do rzęs, jak i do brwi, bo nie skleja ich, co dla mnie zawsze jest dużym problemem. Ciężko mi był znaleźć cienie bez brokatu i dopiero koleżanka poleciła mi paletę Silkwear Eyeshadow z Wibo. Paletka przeznaczona do wykonywania smoky eye posiada cztery cienie, nr.3, który posiadam to kolory od bieli, przez dwa odcienie brązu, po czerń, której używam do brwi. Wszystkie cienie mają mocny kolor, są trwałe, a brokat znajduje się tylko z ciemniejszym brązie, jednak jego ilości wciąż są niewielkie.
A jak już mówimy o brwiach, to Tanti Auguri, Filippo Lanza! Chciałbym, żeby moje brwi chciały ze mną tak współpracować. Niestety, nie chcą :')
To tyle na dziś, zmyka oglądać mecz, bo co innego mogłabym robić wieczorem? :) Wam życzę powodzenia w jutrzejszym dniu, bo to już piątek i upragniony weekend :) jeszcze raz dziękuję za statystki i do następnego! :*
piątek, 26 lutego 2016
EAT CLEAN
Ponownie przychodzę do Was z tematem siłowni i zdrowego trybu życia. Możecie katować się ćwiczeniami, biegać dziesiątki kilometrów, podnosić setki kilogramów... ale bez odpowiedniej diety jajco z tego będziecie mieć. Jeśli ktoś poważnie myśli o ćwiczeniach i zmianie swojej sylwetki, wpierw musi przyswoić jedną, podstawową, świętą i nienaruszalną zasadę:
Zrozumienie i zastosowanie tej zasady jest podstawą przed przejściem do kolejnych etapów. Ale zanim... czym właściwie jest dieta? Słowa tego nie należy kojarzyć z drakońską głodówką i nie postrzegać go, jako karę. Dobrze dobrana dieta jest zdrowa, ale też smaczna. Są dziesiątki, jeśli nie setki mitów na temat zdrowego odżywiania, a najpopularniejsze zwykle są najgorsze i najtrudniejsze do zastosowania.
1) jedzenie do 18 / 3 godziny przed snem
Kłamstwo i kłamstwo. Zakładając, że idziemy spać o 22... nie wyobrażam sobie tych ostatnich 4 godzin. MĘ-CZAR-NIA! Należy jeść godzinę do półtora przed snem. Wszystko jest kwestią obliczeń. Organizm pozbawiony zbyt długo wartości odżywczych, zaczyna je nadmiernie magazynować, co prowadzi do powstawania tłuszczu. Zadbajcie, żeby organizm nie był bez jedzenia dłużej niż 12 godzin.
2) im mniej, tym lepiej
NOPEEEEEE! Jak widzę dziewczyny wpierdalające na potęgę sałatę z tekstem "jestem na diecie", mam ochotę powyrywać tym tępym szczotom włosy. Wszystkie, nie tylko z głowy. Każdy organizm ma określone zapotrzebowanie kaloryczne, czyli ilość wartości odżywczych, których potrzebuję do utrzymania się w dobrej formie. Jeśli go nie zaspokoimy otrzymamy ten sam efekt, co w pierwszy punkcie.
3) nie jem mięsa, jest tłuste
*szkoda, że twój mózg nie jest tłusty, pusty dzbanie* Jasne, jeśli smażysz mięso na połowie butli oleju, to tak, będzie ono tłuste. Mięso samo w sobie zawiera różne ilości tłuszczu, w zależności od gatunku. Do tzw. "mięs chudych" zaliczamy m.in. kurczaka, indyka i ryby. To ogólnie dostępne źródło białka i zdrowych tłuszczy. Najzdrowsze wersje przygotowuje się bez panierki, wyłącznie z przyprawami, a ich ilość i dostępność w przeciętnym sklepie pozwala przygotować smaczny posiłek.
4) tłuszcz jest niezdrowy
W nadmiernych ilościach tak, w niewielkich jest wręcz konieczny. W większości przypadków nasze zapotrzebowanie na tłuszcze jesteśmy w stanie zaspokoić z innych spożywanych pokarmów jak mięsa, warzywa czy nasiona. Nie mniej, dla wielbicieli smażonego mięsa polecam olej kokosowy, który jest dużo zdrowszy niż inne. Cena za półlitrowy słoik to około 30 zł, jednak proszę nie siać paniki: do smażenia wystarczy płaska łyżka stołowa takiego oleju, więc słoik może wystarczyć nawet na kilka miesięcy.
5) dieta wodna
Kolejna głupota. Nie samą wodą człowiek żyje. Odpowiednie nawodnienie ciała jest ważne, nie mniej nadmiar wody jest zatrzymywany w organizmie i również prowadzi do wzrostu wagi. Sama nie przepadam za piciem wody i 2-3 litry dziennie stanowią dla mnie problem, więc stawiam na naturalne wody owocowe. Sok z cytryny dodaje smaku, lepiej nawadnia i usuwa toksyny z organizmu. Spróbujcie, serio!
6) dieta owocowa
Z jedzeniem owoców jest różnie... jeśli chcecie stracić na wadze, nie żryjcie ich na potęgę. Owoce składają się przede wszystkim z cukrów, a od cukru dupa rośnie. Same owoce nie uzupełniają również białka i tłuszczy.
W jednym z pierwszych postów na temat fit wspomniałam o cheat day'u.
W skrócie: dieta STOP. Cheat day możecie dowolnie modyfikować według swoich potrzeb. Może to być jeden lub dwa dni w miesiącu, całkowite odpuszczenie diety lub tylko częściowe. Najważniejsze, żeby być po nim zadowolonym i mieć motywację do dalszego zdrowego odżywiania. Stopniowo możecie podnosić sobie poprzeczkę, by po kilku miesiącach wasz cheat nie obejmował pizzy, kebaba i paczki chipsów, ale składał się z większej ilości mięsa i owoców. Jednak to już wersja dla zaawansowanych *jeszcze długo nie będę się do niej zaliczać*
Mniej grzeszną wersją cheat day'u jest cheat meal. Zamiast całego dnia obżarstwa jest to tylko jeden posiłek. Wersja do ambitnych, posiadających silną wolę. Jeśli czujecie się na siłach, odpuście tylko np. obiad. Zamiast kurczaka z ryżem i warzywami idźcie do MacDonald'a. Kolacja już zgodnie z normą.
Wspominałam już o białku w posiłkach, jednak z pewnością słyszeliście też o białkach do picia. Macie przed oczami tych wszystkich napakowanych kolesi z siłowni? Niestety, w ostatnim czasie białko stało się symbolem wielkich mięśni i byczego karku.
Na rynku są dostępne różne rodzaje białka, w zależności od waszych potrzeb. Niektóre są specjalnie modyfikowane, by dodatkowo spalać tłuszcz, inne zaś dodają mocy na treningu. Jeśli chcecie odpowiednio dobrać białko, najlepiej jest zapytać trenera na siłowni lub kogoś, kogo wiedzy na ten temat jesteście pewni.
Ale po cholerę właściwie to całe białko? Zdarza się, nie macie czasu na posiłek. Zamiast chodzić głodnym lub zjeść coś szybko na mieście, lepiej wypić białko, które choć nie jest pełnowartościowym posiłkiem, da nam zapas energii na parę kolejnych godzin.
Opcja druga *do której należę* to sportowcy. Oprócz siłowni trenuję też siatkówkę cztery razy w tygodniu. Mieszkam w internacie, a posiłki nie specjalnie mi odpowiadają. Staram się gotować sobie sama, ale wiadomo - nie zawsze po szkole i treningu mam czas i ochotę. Po za tym, nawet przy pięciu pełnych posiłkach nie zawsze jestem w stanie wyciągnąć 100% potrzebnych wartości. Organizm wykorzystuje wypite przed lub w trakcie treningu biało do regeneracji i nie czerpie ich z kolejnego posiłku.
Jak widzicie o diecie można by gadać sporo, a to nie jest jeszcze wszystko, co chcę wam powiedzieć. W kolejnym poście postaram się scharakteryzować poszczególne posiłki, ich skład i wartości oraz podać kilka przykładowych jadłospisów. Będzie też trochę o liczeniu kalorii, redukcji i masie :) do następnego!
DIETA TO 70% SUKCESU
Zrozumienie i zastosowanie tej zasady jest podstawą przed przejściem do kolejnych etapów. Ale zanim... czym właściwie jest dieta? Słowa tego nie należy kojarzyć z drakońską głodówką i nie postrzegać go, jako karę. Dobrze dobrana dieta jest zdrowa, ale też smaczna. Są dziesiątki, jeśli nie setki mitów na temat zdrowego odżywiania, a najpopularniejsze zwykle są najgorsze i najtrudniejsze do zastosowania.
1) jedzenie do 18 / 3 godziny przed snem
Kłamstwo i kłamstwo. Zakładając, że idziemy spać o 22... nie wyobrażam sobie tych ostatnich 4 godzin. MĘ-CZAR-NIA! Należy jeść godzinę do półtora przed snem. Wszystko jest kwestią obliczeń. Organizm pozbawiony zbyt długo wartości odżywczych, zaczyna je nadmiernie magazynować, co prowadzi do powstawania tłuszczu. Zadbajcie, żeby organizm nie był bez jedzenia dłużej niż 12 godzin.
2) im mniej, tym lepiej
NOPEEEEEE! Jak widzę dziewczyny wpierdalające na potęgę sałatę z tekstem "jestem na diecie", mam ochotę powyrywać tym tępym szczotom włosy. Wszystkie, nie tylko z głowy. Każdy organizm ma określone zapotrzebowanie kaloryczne, czyli ilość wartości odżywczych, których potrzebuję do utrzymania się w dobrej formie. Jeśli go nie zaspokoimy otrzymamy ten sam efekt, co w pierwszy punkcie.
3) nie jem mięsa, jest tłuste
*szkoda, że twój mózg nie jest tłusty, pusty dzbanie* Jasne, jeśli smażysz mięso na połowie butli oleju, to tak, będzie ono tłuste. Mięso samo w sobie zawiera różne ilości tłuszczu, w zależności od gatunku. Do tzw. "mięs chudych" zaliczamy m.in. kurczaka, indyka i ryby. To ogólnie dostępne źródło białka i zdrowych tłuszczy. Najzdrowsze wersje przygotowuje się bez panierki, wyłącznie z przyprawami, a ich ilość i dostępność w przeciętnym sklepie pozwala przygotować smaczny posiłek.
4) tłuszcz jest niezdrowy
W nadmiernych ilościach tak, w niewielkich jest wręcz konieczny. W większości przypadków nasze zapotrzebowanie na tłuszcze jesteśmy w stanie zaspokoić z innych spożywanych pokarmów jak mięsa, warzywa czy nasiona. Nie mniej, dla wielbicieli smażonego mięsa polecam olej kokosowy, który jest dużo zdrowszy niż inne. Cena za półlitrowy słoik to około 30 zł, jednak proszę nie siać paniki: do smażenia wystarczy płaska łyżka stołowa takiego oleju, więc słoik może wystarczyć nawet na kilka miesięcy.
5) dieta wodna
Kolejna głupota. Nie samą wodą człowiek żyje. Odpowiednie nawodnienie ciała jest ważne, nie mniej nadmiar wody jest zatrzymywany w organizmie i również prowadzi do wzrostu wagi. Sama nie przepadam za piciem wody i 2-3 litry dziennie stanowią dla mnie problem, więc stawiam na naturalne wody owocowe. Sok z cytryny dodaje smaku, lepiej nawadnia i usuwa toksyny z organizmu. Spróbujcie, serio!
6) dieta owocowa
Z jedzeniem owoców jest różnie... jeśli chcecie stracić na wadze, nie żryjcie ich na potęgę. Owoce składają się przede wszystkim z cukrów, a od cukru dupa rośnie. Same owoce nie uzupełniają również białka i tłuszczy.
W jednym z pierwszych postów na temat fit wspomniałam o cheat day'u.
W skrócie: dieta STOP. Cheat day możecie dowolnie modyfikować według swoich potrzeb. Może to być jeden lub dwa dni w miesiącu, całkowite odpuszczenie diety lub tylko częściowe. Najważniejsze, żeby być po nim zadowolonym i mieć motywację do dalszego zdrowego odżywiania. Stopniowo możecie podnosić sobie poprzeczkę, by po kilku miesiącach wasz cheat nie obejmował pizzy, kebaba i paczki chipsów, ale składał się z większej ilości mięsa i owoców. Jednak to już wersja dla zaawansowanych *jeszcze długo nie będę się do niej zaliczać*
Mniej grzeszną wersją cheat day'u jest cheat meal. Zamiast całego dnia obżarstwa jest to tylko jeden posiłek. Wersja do ambitnych, posiadających silną wolę. Jeśli czujecie się na siłach, odpuście tylko np. obiad. Zamiast kurczaka z ryżem i warzywami idźcie do MacDonald'a. Kolacja już zgodnie z normą.
Wspominałam już o białku w posiłkach, jednak z pewnością słyszeliście też o białkach do picia. Macie przed oczami tych wszystkich napakowanych kolesi z siłowni? Niestety, w ostatnim czasie białko stało się symbolem wielkich mięśni i byczego karku.
Na rynku są dostępne różne rodzaje białka, w zależności od waszych potrzeb. Niektóre są specjalnie modyfikowane, by dodatkowo spalać tłuszcz, inne zaś dodają mocy na treningu. Jeśli chcecie odpowiednio dobrać białko, najlepiej jest zapytać trenera na siłowni lub kogoś, kogo wiedzy na ten temat jesteście pewni.
Ale po cholerę właściwie to całe białko? Zdarza się, nie macie czasu na posiłek. Zamiast chodzić głodnym lub zjeść coś szybko na mieście, lepiej wypić białko, które choć nie jest pełnowartościowym posiłkiem, da nam zapas energii na parę kolejnych godzin.
Opcja druga *do której należę* to sportowcy. Oprócz siłowni trenuję też siatkówkę cztery razy w tygodniu. Mieszkam w internacie, a posiłki nie specjalnie mi odpowiadają. Staram się gotować sobie sama, ale wiadomo - nie zawsze po szkole i treningu mam czas i ochotę. Po za tym, nawet przy pięciu pełnych posiłkach nie zawsze jestem w stanie wyciągnąć 100% potrzebnych wartości. Organizm wykorzystuje wypite przed lub w trakcie treningu biało do regeneracji i nie czerpie ich z kolejnego posiłku.
Jak widzicie o diecie można by gadać sporo, a to nie jest jeszcze wszystko, co chcę wam powiedzieć. W kolejnym poście postaram się scharakteryzować poszczególne posiłki, ich skład i wartości oraz podać kilka przykładowych jadłospisów. Będzie też trochę o liczeniu kalorii, redukcji i masie :) do następnego!
środa, 17 lutego 2016
DAILY VOLLEY
Miałam na dzisiejszy dzień ambitne plany i niewiele z nich wyszło. Z rana chciałam jechać na siłownię, żeby na 16 wrócić na mecz... ale siłownia otwarta jest od 15 także... z czegoś trzeba było zrezygnować...
SIATKÓWKA 1
SIŁOWNIA 0
Niestety...
Wstałam po 12, żeby cały dzień spędzić przed komputerem w oczekiwaniu na mecze, które nie do końca po mojej myśli się ułożyły. Siatkarska Liga Mistrzów wkroczyła w fazę play off'ów, co oznacza już naprawdę wysoki poziom spotkań.
W pierwszym meczu zmierzyła się drużyna z Modeny i turecki Halkbank Ankara. Choć obie ekipy dysponują światowej klasy zawodnikami, to drużyna z Włoch była wymieniana w roli faworyta, ba! nie tylko do wygrania tego spotkania, ale całej Ligi Mistrzów. Trzeba przyznać, że grają dobrze, momentami grają wręcz fenomenalnie i nawet najprostsze akcje w ich wykonaniu są nie do zatrzymania.
Nie dziś.
3:0 dla Halkbanku. Przewaga boiska? Kibiców? Zmęczenie podróżami? Fakt faktem, Halkbank grał dobrze, ale wierzcie mi na słowo, Modena potrafi grać lepiej. Więc oprócz patrzenia na ich blond łepetyny nie było w tym spotkaniu nic fajnego.
Drugi mecz, rozgrywany w łódzkiej Atlas Arenie gościł w roli gospodarza Skrę Bełchatów i Ziraat Bankasi Ankara. Ech, ta Ankara, taka bogata, że dwa kluby ma... szkoda, że ten drugi gówno grać potrafi. Mówi się, że Ziraat nie powinien w ogóle wyjść z grupy i pewnie by tak było, gdyby drużyna z Moskwy nie musiała oddać meczu walkowerem.
I wydawać by się mogło, że co to dla Bełchatowa takie tureckie łebki... no i pewnie tak by się na to patrzyło, gdyby nie fakt, że w ostatnim miesiącu Skra przebyła drogę Wrocław-Rzeszów-Gdańsk-Łódź i zawodnicy byli wykończeni jak psy, a pierwszy atakujący doznał kontuzji kręgosłupa szyjnego. Tak osłabiony Bełchatów słaniał się po boisku przez cztery sety, żeby w ostatnim, kiedy już wydawało się, że będzie tie break, zebrać się do kupy, odrobić cztery punkty straty i zakończyć mecz asem serwisowym. Powiedzmy, że satysfakcjonujący mecz.
Myśląc o tym z perspektywy czasu wolałabym jechać na siłkę. Mogłabym wreszcie wypić moje waniliowe białko... *znaczy i tak je dziś wypiję, chociaż nie powinnam, ups.*
No i zapomniałabym wspomnieć o wczorajszym meczu *Cucine* Lube *Bance Marche Civitanova* *zawsze będzie mnie śmieszyć ta nazwa, serio :')* z Arkasem Izmir. W skrócie o oczekiwaniach? Lube miało wygrać szybko i bezboleśnie, 3:0 i do domu. Niby 3:0 było, niby szybko, niby bezboleśnie, ale w momencie, w którym jeden z topowych zawodników przez dwa sety dostaje 2 piłki, gdzie zwykle dostaje ich 20... nuuuuuudyyyyyy. Mimo wszystko obejrzałam.
Zdjęcie pod tytułem "CTRL+C CTRL+V CTRL+V" pomijając fakt, że *w kolejności* to Serb, Słoweniec i Kubańczyk :')
*ten moment, kiedy rozpuszczasz to zasrane białko, a potem patrzysz na nie przez 15 minut, bo boisz się, że będzie ohydnie smakować... nie, jest dobre. A w ogóle post o białku też niedługo będzie*
Tak więc dziś zrobiłam to, co robię najlepiej, a więc opowiedziałam o meczach, przerobiłam kilka fajnych zdjęć i wrzuciłam *a raczej raz wrzucę* jako takiego posta. Odhaczone! Dobranoc.
SIATKÓWKA 1
SIŁOWNIA 0
Niestety...
Wstałam po 12, żeby cały dzień spędzić przed komputerem w oczekiwaniu na mecze, które nie do końca po mojej myśli się ułożyły. Siatkarska Liga Mistrzów wkroczyła w fazę play off'ów, co oznacza już naprawdę wysoki poziom spotkań.
W pierwszym meczu zmierzyła się drużyna z Modeny i turecki Halkbank Ankara. Choć obie ekipy dysponują światowej klasy zawodnikami, to drużyna z Włoch była wymieniana w roli faworyta, ba! nie tylko do wygrania tego spotkania, ale całej Ligi Mistrzów. Trzeba przyznać, że grają dobrze, momentami grają wręcz fenomenalnie i nawet najprostsze akcje w ich wykonaniu są nie do zatrzymania.
Nie dziś.
3:0 dla Halkbanku. Przewaga boiska? Kibiców? Zmęczenie podróżami? Fakt faktem, Halkbank grał dobrze, ale wierzcie mi na słowo, Modena potrafi grać lepiej. Więc oprócz patrzenia na ich blond łepetyny nie było w tym spotkaniu nic fajnego.
Drugi mecz, rozgrywany w łódzkiej Atlas Arenie gościł w roli gospodarza Skrę Bełchatów i Ziraat Bankasi Ankara. Ech, ta Ankara, taka bogata, że dwa kluby ma... szkoda, że ten drugi gówno grać potrafi. Mówi się, że Ziraat nie powinien w ogóle wyjść z grupy i pewnie by tak było, gdyby drużyna z Moskwy nie musiała oddać meczu walkowerem.
I wydawać by się mogło, że co to dla Bełchatowa takie tureckie łebki... no i pewnie tak by się na to patrzyło, gdyby nie fakt, że w ostatnim miesiącu Skra przebyła drogę Wrocław-Rzeszów-Gdańsk-Łódź i zawodnicy byli wykończeni jak psy, a pierwszy atakujący doznał kontuzji kręgosłupa szyjnego. Tak osłabiony Bełchatów słaniał się po boisku przez cztery sety, żeby w ostatnim, kiedy już wydawało się, że będzie tie break, zebrać się do kupy, odrobić cztery punkty straty i zakończyć mecz asem serwisowym. Powiedzmy, że satysfakcjonujący mecz.
Myśląc o tym z perspektywy czasu wolałabym jechać na siłkę. Mogłabym wreszcie wypić moje waniliowe białko... *znaczy i tak je dziś wypiję, chociaż nie powinnam, ups.*
No i zapomniałabym wspomnieć o wczorajszym meczu *Cucine* Lube *Bance Marche Civitanova* *zawsze będzie mnie śmieszyć ta nazwa, serio :')* z Arkasem Izmir. W skrócie o oczekiwaniach? Lube miało wygrać szybko i bezboleśnie, 3:0 i do domu. Niby 3:0 było, niby szybko, niby bezboleśnie, ale w momencie, w którym jeden z topowych zawodników przez dwa sety dostaje 2 piłki, gdzie zwykle dostaje ich 20... nuuuuuudyyyyyy. Mimo wszystko obejrzałam.
Zdjęcie pod tytułem "CTRL+C CTRL+V CTRL+V" pomijając fakt, że *w kolejności* to Serb, Słoweniec i Kubańczyk :')
*ten moment, kiedy rozpuszczasz to zasrane białko, a potem patrzysz na nie przez 15 minut, bo boisz się, że będzie ohydnie smakować... nie, jest dobre. A w ogóle post o białku też niedługo będzie*
Tak więc dziś zrobiłam to, co robię najlepiej, a więc opowiedziałam o meczach, przerobiłam kilka fajnych zdjęć i wrzuciłam *a raczej raz wrzucę* jako takiego posta. Odhaczone! Dobranoc.
wtorek, 16 lutego 2016
MUZYKA Z JEZIORKA #3
#1 CIARA - PAINT IT, BLACK
Piosenka The Rolling Stones z 64 roku w wykonaniu amerykańskiej piosenkarki R'n'B. Może brzmi niesmacznie, ale brzmi niesamowicie. Piosenka wykonana na potrzebę filmu "Łowca Czarownic" z Vin'em Disel'el w roli głównej, idealnie oddaje tajemniczy i nieco mroczny klimat filmu.
#2 WILLY WILLIAM - EGO
Znacie moje lenistwo, prawda? Jeśli nie to patrzcie: dobrze się słucha.
#3 COLDPLAY - HYMN FOR THE WEEKEND
Nie, nikt tu nie śpiewa o weekendowej imprezie. Picie i ćpanie mówi... o miłości. W rolę indyjskiego anioła wciela się niesamowita Beyonce, która czaruje zarówno w teledysku ubrana w złoto i burgund, jak i w samej piosence. Można słuchać choćby dla niej samej.
#4 EMINEM - WITHOUT ME
Szczerze? Nie chce mi się czytać całego tekstu, ale dla mnie nie dla niego słucha się tego typu piosenek. Wystarczy, że słuchając Eminema, czujesz się jak prawdziwy madafaka. Dla ludzi ulicy nic więcej się nie liczy.
Piosenka The Rolling Stones z 64 roku w wykonaniu amerykańskiej piosenkarki R'n'B. Może brzmi niesmacznie, ale brzmi niesamowicie. Piosenka wykonana na potrzebę filmu "Łowca Czarownic" z Vin'em Disel'el w roli głównej, idealnie oddaje tajemniczy i nieco mroczny klimat filmu.
#2 WILLY WILLIAM - EGO
Znacie moje lenistwo, prawda? Jeśli nie to patrzcie: dobrze się słucha.
#3 COLDPLAY - HYMN FOR THE WEEKEND
Nie, nikt tu nie śpiewa o weekendowej imprezie. Picie i ćpanie mówi... o miłości. W rolę indyjskiego anioła wciela się niesamowita Beyonce, która czaruje zarówno w teledysku ubrana w złoto i burgund, jak i w samej piosence. Można słuchać choćby dla niej samej.
#4 EMINEM - WITHOUT ME
Szczerze? Nie chce mi się czytać całego tekstu, ale dla mnie nie dla niego słucha się tego typu piosenek. Wystarczy, że słuchając Eminema, czujesz się jak prawdziwy madafaka. Dla ludzi ulicy nic więcej się nie liczy.
poniedziałek, 15 lutego 2016
Dziś oficjalnie mogę powiedzieć, że zaczęłam ferie, bo poprzednie dwa dni teoretycznie należały jeszcze do weekendu. Nie mniej, były to dobrze spędzone dwa dni, a że nie mam o czym pisać to trochę Wam o nich poględzę.
W sobotę dzień zaczęłam od lenia. Na piżamę narzuciłam bluzę brata *w której mogłabym się zgubić*, zrobiłam śniadanie bogów *owsianka z kakao, migdałami i cynamonem, mniam!* i jak na typowego nerda przystało... grałam w Wiedźmina. Niestety, trwać wiecznie to nie mogło, jako, że byłam sama w domu, musiałam posprzątać, rozpalić w piecu i zająć się psem *perfekcyjna pani domu* Z moim tempem dwie godziny roboty. No i naszła mnie ochota na siłownię, więc ogarnęłam się z życiowej kupy i pojechałam. Wróciłam wieczorem i zasnęłam jak smok *ogniem ziałam, bo zębów nie umyłam, ups.*
Wspominałam Wam o moich podbojach na siłowni już parę razy i pewnie jeszcze nie raz jakiś post w tym temacie się pojawi. Ostatnio skupiam się przede wszystkim na brzuchu i bieganiu. Dietę trzymam w 70%, bo wciąż ciężko odstawić mi słodycze. Nie mniej: ryż, makarony, kurczak z przyprawami i jajka. Uwierzcie, że dobrze przygotowane nigdy się nie nudzi *o diecie też planuję post*.
Niedziela, dzień cwela. Lol. Nie śmieszne. Spałam, jadłam, grałam, oglądałam skoki. A tak na poważnie... WALENTYNKI! Nie zbyt lubię to święto i nie dlatego, że jestem singlem, ale... w ostatnim czasie ze wszystkiego robi się chwyt marketingowy i okazję do zarobków. W sklepach pełno serduszek, czekoladek i pluszowych misiów, a ludzie gonią za prezentami, zapominając, że to Święto Zakochanych. I tak samo uważam, że świętować powinni je zakochani, a nie osoby kochające się. Tak więc: z partnerem, chłopakiem, mężem, a nie rodziną. Takie moje zdanie.
Tak więc, wczoraj odcięłam się od walentynkowego szumu, masy postów na facebook'owej tablicy z całującymi się parami i bukietami róż. Dziś Walentynki? Nie, dziś loty w Vikersund *biczyz*
Norweski konkurs lotów można uznać zaniemal idealny. Polacy poradzili sobie mniej źle niż zwykle. Żyła oddał dwa dobre skoki, Stoch zaszurał nartami po buli, a Stękała po pierwszym świetnym skoku spaćkał drugi. Szum niewątpliwie zrobili gospodarze, bo połowę czołowej dziesiątki stanowili właśnie Norwedzy *trener, pieszczotliwie zwany Papa Stöckl, siem popłakał... no rozkleiła siem, chłopina, no...* Trudno się dziwić, skoro w składzie mają rekordzistę w długości lotów (251,5 metra... wyobrażacie to sobie?), trzeciego skoczka klasyfikacji generalnej i trzech skaczących daleko i powtarzalnie ziomków, z pośród których jeden wczoraj poleciał na 249 metrów. Za ten właśnie wyskok dostał trzecie miejsce na podium. Drugi był Austriak, zeszłoroczny zwycięzca Turnieju Czterech Skoczni Stefan Kraft.
Hitem bez wątpienia jest pierwsze miejsce. Nie żeby zaskoczeniem było zwycięstwo Petera Prevca, 12 w tym sezonie. Ważne, w jakim stylu... Leciał i leciał, wylądować nie chciał... a jak już wylądował zaorał plecami po stoku, więc noty były najsłabsze z możliwych... i i tak wygrał. Wniosek z tego taki... że gdyby ten facet nie skoczył w ogóle też by wygrał. Serio.
To jest najpiękniejsze zdjęcie ever. Naprawdę. Nikt.Nie.Lata.Tak.Pięknie. Umarłam.
Dziś z rana wyjątkowo wstałam dwie godziny wcześniej, żeby poświęcić godzinę z życia na naukę szatana potocznie zwaną matematyką. W gimnazjum był to jeden z moich ulubionych przedmiotów za sprawą najlepszej nauczycielki ever. Serio, Gocha rządzi, wszystkich matmy nauczy. Chociaż poziom nauki w moim liceum nie stoi na najwyższym poziomie *szkoły sportowe pozdrawiają* to jakieś tam podstawy trzeba umieć. A nauczycielkę mam... wątpliwą, delikatnie mówiąc... tak więc, pojechałam go Goszy i w ciagu godziny zrobiłam to, co w liceum wałkowałam przez pół roku. Magia nauczyciela. Wszystko jasne.
Najbliższy tydzień obejmuje kilka dni z przyjaciółką, wypad na zakupy i przede wszystkim - mecze! Siatkarska Liga Mistrzów rozpoczyna fazę play-off i łączy to, co lubię najbardziej, a mianowicie drużyny włoskie i polskie. W środę maraton rozpoczynam już od 16.30, bo grają wspomniane dwa posty temu Lampy z Modeny *moja mała blondyneczko...*, a o 18 *również wspomniana przy okazji farbowanych bród* Skra Bełchatów.
We wtorek, czyli jutro *cóż za mądrość, jutro jest wtorek...* gra moja druga ulubiona włoska drużyna *UWAGA, FANFARY...*
W sobotę dzień zaczęłam od lenia. Na piżamę narzuciłam bluzę brata *w której mogłabym się zgubić*, zrobiłam śniadanie bogów *owsianka z kakao, migdałami i cynamonem, mniam!* i jak na typowego nerda przystało... grałam w Wiedźmina. Niestety, trwać wiecznie to nie mogło, jako, że byłam sama w domu, musiałam posprzątać, rozpalić w piecu i zająć się psem *perfekcyjna pani domu* Z moim tempem dwie godziny roboty. No i naszła mnie ochota na siłownię, więc ogarnęłam się z życiowej kupy i pojechałam. Wróciłam wieczorem i zasnęłam jak smok *ogniem ziałam, bo zębów nie umyłam, ups.*
Wspominałam Wam o moich podbojach na siłowni już parę razy i pewnie jeszcze nie raz jakiś post w tym temacie się pojawi. Ostatnio skupiam się przede wszystkim na brzuchu i bieganiu. Dietę trzymam w 70%, bo wciąż ciężko odstawić mi słodycze. Nie mniej: ryż, makarony, kurczak z przyprawami i jajka. Uwierzcie, że dobrze przygotowane nigdy się nie nudzi *o diecie też planuję post*.
Niedziela, dzień cwela. Lol. Nie śmieszne. Spałam, jadłam, grałam, oglądałam skoki. A tak na poważnie... WALENTYNKI! Nie zbyt lubię to święto i nie dlatego, że jestem singlem, ale... w ostatnim czasie ze wszystkiego robi się chwyt marketingowy i okazję do zarobków. W sklepach pełno serduszek, czekoladek i pluszowych misiów, a ludzie gonią za prezentami, zapominając, że to Święto Zakochanych. I tak samo uważam, że świętować powinni je zakochani, a nie osoby kochające się. Tak więc: z partnerem, chłopakiem, mężem, a nie rodziną. Takie moje zdanie.
Tak więc, wczoraj odcięłam się od walentynkowego szumu, masy postów na facebook'owej tablicy z całującymi się parami i bukietami róż. Dziś Walentynki? Nie, dziś loty w Vikersund *biczyz*
Norweski konkurs lotów można uznać za
Hitem bez wątpienia jest pierwsze miejsce. Nie żeby zaskoczeniem było zwycięstwo Petera Prevca, 12 w tym sezonie. Ważne, w jakim stylu... Leciał i leciał, wylądować nie chciał... a jak już wylądował zaorał plecami po stoku, więc noty były najsłabsze z możliwych... i i tak wygrał. Wniosek z tego taki... że gdyby ten facet nie skoczył w ogóle też by wygrał. Serio.
To jest najpiękniejsze zdjęcie ever. Naprawdę. Nikt.Nie.Lata.Tak.Pięknie. Umarłam.
Dziś z rana wyjątkowo wstałam dwie godziny wcześniej, żeby poświęcić godzinę z życia na naukę szatana potocznie zwaną matematyką. W gimnazjum był to jeden z moich ulubionych przedmiotów za sprawą najlepszej nauczycielki ever. Serio, Gocha rządzi, wszystkich matmy nauczy. Chociaż poziom nauki w moim liceum nie stoi na najwyższym poziomie *szkoły sportowe pozdrawiają* to jakieś tam podstawy trzeba umieć. A nauczycielkę mam... wątpliwą, delikatnie mówiąc... tak więc, pojechałam go Goszy i w ciagu godziny zrobiłam to, co w liceum wałkowałam przez pół roku. Magia nauczyciela. Wszystko jasne.
Najbliższy tydzień obejmuje kilka dni z przyjaciółką, wypad na zakupy i przede wszystkim - mecze! Siatkarska Liga Mistrzów rozpoczyna fazę play-off i łączy to, co lubię najbardziej, a mianowicie drużyny włoskie i polskie. W środę maraton rozpoczynam już od 16.30, bo grają wspomniane dwa posty temu Lampy z Modeny *moja mała blondyneczko...*, a o 18 *również wspomniana przy okazji farbowanych bród* Skra Bełchatów.
We wtorek, czyli jutro *cóż za mądrość, jutro jest wtorek...* gra moja druga ulubiona włoska drużyna *UWAGA, FANFARY...*
... CUCINE LUBE MANCE MARCHE CIVITANOVA...
Tak, to jedna nazwa. Po prostu Lube. Ekipa zrzeszająca największe siatkarskie ewenementy jak 40-letni atakujący, słoweński przyjmujący o nazwisku Cebulij *polski gen, na 100%*, młody amerykański rozgrywając zaginający system i włoski Kubańczyk z zasięgiem 360 cm. Lube się nie ogarnia, Lube po prostu się kocha :')
Po lewej il mio idolo, wspomniany włoski Kubańczyk - Osmany Juantorena *drugie nazwisko wam oszczędzę* Piękny jest, serio...
Zawsze miło jest mi pisać takie luźne posty, bo to też moja forma wygadania się do Was, a jak widać lubię gadać :) post z muzyką mam już gotowy, pewnie wrzucę go na dniach i przydałaby się pewnie recenzja jakiejś książki, co nie...? Obecnie wciąż męczę się z biografią Michael'a Jordana. "Męczę" pod względem jej długości, bo to prawie 600 stron i choć książkę czyta się naprawdę fajnie to zajmuje to trochę czasu. Jak tylko skończę to opowiem coś więcej, ale już teraz polecam wszystkim, nie tylko fanom koszykówki, bo sama do nich nie należę.
Opowiadajcie jak leci u Was, w trakcie ferii czy już po? Dla tych, którzy jak ja zaczynają "zimowego" lenia życzę miłego wypoczynku, a dla pozostałych wytrwałości, już niedługo Wielkanoc i kolejne wolne dni :) Do następnego! *czyli do jutra ;)*
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























